wtorek, 12 czerwca 2012

Oceanarium

Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić pewną refleksją, jaką wyniosłam po wizycie w oceanarium. Jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat:)
Obserwowałam duże zorganizowane grupy szkolne, jakie nas omijały. Postanowiłam przyjrzeć się jednej z takich grup - dwie panie, pani przewodnik i dwadzieścia nakręconych dzieciaków:) W gdyńskim oceanarium jest świetna makieta Morza Bałtyckiego, dotarliśmy do niej a z nami wycieczka. Grupa spędziła przy makiecie jakieś 3 minuty! Pani przewodnik na szybko kazała naciskać dzieciakom różne przyciski, powiedziała im gdzie jest Gdynia, Oslo, ze dwie zatoki i gdzie Wisła uchodzi do Bałtyku. Wszystko to odbywało się przy akompaniamencie pań, które musiały co chwilę uciszać i upominać dzieci, które rozbiegały się we wszystkich możliwych kierunkach, przekrzykując się oczywiście i przepychając do przycisków. Po trzech minutach była komenda: w pary przy schodach! I dzieci z paniami ruszyły dalej...
My przy makiecie spędziliśmy jakieś pół godziny, oglądając dokładnie wszystko to, co interesowało dzieci - powtórzyliśmy kierunki świata, dowiedzieliśmy się, czym są fiordy, bawiliśmy się w ludziki podróżujące różnymi środkami lokomocji wokół i po bałtyku, dotknęliśmy każdej formy terenu, jaką znaliśmy z naszych zabaw na plaży (co być może nie było do końca dozwolone...), itp. itd. A gdy po odpoczynku na tarasie widokowym, moje dziecko zachciało jeszcze raz obejrzeć tę "fajną mapę Morza Bałtyckiego", wróciliśmy tam i spędziliśmy kolejne pół godziny.


 Potem zeszliśmy na dół, za nami wycieczka - nie jedna, ale ze trzy na raz:) I tam, wśród wielkich akwariów z bardzo ciekawymi okazami najróżniejszych zwierząt morskich zrobił się taki hałas, że pani przewodnik po kilku próbach przekrzyczenia dzieci, zrezygnowała a słychać było jedynie napominania wychowawczyń: nie krzyczcie, nie biegajcie, nie wkładajcie rąk do akwariów... Dzieci biegały więc to tu to tam, pstrykając zdjęcia z komórek...
Nie musieliśmy długo czekać, żeby wokół akwariów znów zrobiło się cicho, bo panie szybko straciły cierpliwość (i nie dziwię się im wcale!) i zaprowadziły dzieciaki do sklepiku. A my w końcu zaczeliśmy przyglądać się morskiej faunie i florze! Dokładnie, każdy zgodnie z zainteresowaniami i stosownie do wieku:) Znów spędziliśmy tam dobrą godzinę, dowiadując się naprawdę ciekawych rzeczy.




W sklepiku spędziliśmy jakieś 3 minuty:)

To co mnie zastanawia: jaki był sens tej szkolnej wycieczki? Jak wiele (poza gumowymi fokami ze sklepiku) dzieciaki z niej wyniosły? Pewnie trochę zapamiętały, coś je zachwyciło - ale nie miały czasu, żeby się tym nacieszyć, a spędziły w oceanarium tyle samo czasu, co my...
Dla mnie nasza wizyta w oceanarium to kolejny głos na TAK dla ED!:)

25 komentarzy:

  1. Bardzo mało jest takich spokojnych i mądrych rodziców (i niestety wychowawców!) jak Ty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehe, dziękuję, ale ja mam łatwo - niewiele dzieci i Tata do pomocy - łatwo być spokojnym. Panie mają bardzo trudno i myślę, że patrząc na to relatywnie, to wykazywały się stoickim spokojem. Po prostu fizycznie nie jest możliwe zachować spokój z 20 rozrabiakami na raz:)

      Usuń
  2. No właśnie! I tak mniej więcej wyglądają wszystkie wycieczki z małymi uczniami/przedszkolakami. Ze starszymi niewiele lepiej :-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się okazuje (patrz komentarz Pentli) na szczęście nie wszystkie!!:)

      Usuń
  3. Oj tak, bardzo niewielu jest takich wychowawców z sercem. A druga sprawa, to przypadało 10 dzieciaków na jedną panią (pani przewodnik nie liczę) i każde z nich trzeba w całości i bezpiecznie doprowadzić do domu. Może zwyczajnie nie ogarniały tego małego krzyczącego tłumu. I tu się zaczyna nasza rola. Spokojnych, cierpliwych i odpowiadających na każde pytanie rodziców.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to właśnie mi chodzi - panie mogły być najwspanialsze na świecie, ale dostały niewykonalne zadanie!

      Usuń
  4. Ja tam nie wiem o co chodzi, jak byłam z grupą mojego syna na wycieczce (ja jako osoba do pomocy nauczycielowi) to pani super dyscyplinowała dzieciaki. Dopóki się cisza nie zrobiła nie mówiła, nie pokazywała, czekała. Dzieci widać wyszkolone były bo szybko się uspokajały. Więc jak się chce to można, ale trzeba mieć te swoje sposoby i autorytet. Nasza pani zawsze na takie wycieczki prosi rodziców do pomocy, żeby właśnie jedna osoba na max. 10 dzieci przypadała. Wtedy jest po prostu bezpieczniej, bo wiadomo że dzieciaki w grupie mają różne dziwne pomysły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ten komentarz, czyli jeśli się chce, potrafi (i ma fajnych rodziców do pomocy) to można:)

      Usuń
  5. Tak, ja też uwielbiam wycieczki z moimi synami- 4,5 i 2,5 roku. Ale choć są wspaniali i nauczeni zwiedzania, to wszelkie obchody z przewodnikiem odpadają- bo pani/pan mówi w powietrze, wygłasza co wie i idziemy dalej, dzieciaki są znudzone i marudne. Ale oglądanie tego samego w sposób aktywny tylko my (oczywiście też przygotowani) i dzieci (naturalnie zainteresowane) i okazuje się że jest wspaniale a chłopcy zapamiętują to co widzieli.

    Pytasz co dzieciaki wyniosą? Może wspomnienie że w oceanarium (bo to zapamiętają- Oceanarium jest w Gdynie) Piotrek złapał rybę w ręce i nastraszył Kasię? I była świetna zabawa w to łapanie? Nie tylko wiedza jest ważna, ale radość z możliwości wspólnego pójścia gdzieś- w fajne miejsce. I z tego co pamiętam temu głównie służyły wycieczki szkolne- byśmy się zintegrowali, pobyli z sobą w sposób swobodny. Dziś nie pamiętam nic sensownego z własnych wycieczek, poza tym że wiem gdzie byliśmy. Ale pamiętam nasze wygłupy i potrafimy wspominać ze znajomymi te szkolne wycieczki i ich klimat.
    A do tych miejsc wracam teraz z dziećmi i świadomie się nimi interesuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie - masz rację, ja podobnie wspominam nasze szkolne wycieczki:) Uważam, że były ekstra i do dziś śmiejemy się wspominając je:) Ale mam wątpliwość, czy rzeczywiście trzeba jechać przez całą Polskę do Gdyni do Oceanarium, żeby powygłupiać się z przyjaciółmi. Na dodatek stresując tym panie, co chwila będąc uciszanym i ponaglanym, mają w tyle głowy, że zachowuje się niewłaściwie... Nie mogę zgodzić się z Tobą, że tam dzieci "pobyły ze sobą w sposób swobodny". Choć, z drugiej strony biorąc pod uwagę fakt, że większość wizyty w Oceanarium spędzili w sklepiku, to może masz rację;) Ale czy nie lepiej było ich zabrać na jakiś fajny plac zabaw? Kasy by na głupoty nie wydali i miło spędzili wspólnie czas.

      Usuń
    2. Dzieciaki to byłyby placem zachwycone, ale czy Ty, jako rodzic, którego dziecko pojechało do Trójmiasta, byłabyś usatysfakcjonowana, gdybyś się dowiedziała, że szaleli tylko po placach zabawach? Więc musiał być punkt :"Oceanarium". I naprawdę nie ma co porównywać kameralnego rodzinnego zwiedzania z wycieczką klasową.

      Wspomniałaś o ED, ale w tym kontekście czy nie szkoda Ci że domowe dzieci nie doświadczą wycieczek szkolnych, nie będą miały takich wspomnień jak Ty?

      Usuń
    3. Była kiedyś taka fajna kreskówka, w której na koniec odcinka mama pytała swoje dzieci (głównych bohaterów kreskówki): "Now, childern, what have we learned today?"

      Podpisuję się obiema rękoma pod stwierdzeniem, że nie każda działalność musi kończyć się zdobyciem jakiejś porcji wiedzy!!!!!!!!!

      A co do stwierdzenia, że można taką samą zabawę mieć taniej -- na tej samej zasadzie: nie ma powodu, żeby na randkę np. w rocznicę ślubu iść do jakiejś specjalnej knajpy, przecież w każdym barze mlecznym też da się zjeść coś, prawda?

      Usuń
    4. o nie! nie widzę związku... co ma wspólnego randka w barze mlecznym z pójściem na fajny plac zabaw?

      Usuń
    5. @Anonimowy: co do ED, to tak - był to kolejny głos na TAK, ale głosy na NIE też są:)

      Usuń
    6. Chodziło mi o odświętność -- urok wycieczki (klasowej czy rodzinnej) polega m.in. na tym, że robi się coś, czego się nie robi na co dzień, a fajny plac zabaw jest tylko fajnym placem zabaw (tak samo jak fajny bar mleczny jest fajnym barem mlecznym, ale na wyjątkową randkę szuka się zwykle czegoś niecodziennego ;))

      Usuń
    7. Ok, zgadzam się z Tobą (jak zwykle:P) Zgadzam się, że na randkę rocznicową tylko fajna (najlepiej ulubiona i tam gdzie podają tę jedyną herbatę brzoskwiniową:)) restauracja. Ale teraz sumując, to co napisałaś wniosek jest taki, że na swobodną zabawę dobrze jest zabierać dzieci do... Oceanarium Gdyńskiego???? Skoro tak, to dlaczego panie wychowawczynie na to nie pozwalały, a pani przewodnik za wszelką cenę starała się jakąś wiedzę dzieciakom przekazać?

      Ja również "podpisuję się obiema rękoma pod stwierdzeniem, że nie każda działalność musi kończyć się zdobyciem jakiejś porcji wiedzy!!!!!!!!!", ale szkolna wycieczka do oceanarium chyba jednak taki cel miała?

      no tak, czyli jednak dalej nie widzę związku:)

      Poza tym, naprawdę fajny plac zabaw nie jest TYLKO fajnym placem zabaw!

      Usuń
    8. Ech, czepiasz się, moja Droga ;)

      No to krok po kroku, o co mi chodzi, i zobaczymy, gdzie się (nie) rozmijamy :)
      1. Wycieczki szkolne są ważne dla ogólnie pojętego szczęścia dzieci;
      2. Wiadomo, że dzieci na wycieczce nie będą się koncentrować;
      3. Wycieczki szkolne -- ponieważ są _szkolne_ -- ustala się więc pewnie tak, by tłem do zabawy było jakieś ciekawe, nowe, niecodzienne (nie tylko fajne!) miejsce, które _może_ dziecko zainteresować
      4. Jeśli ktoś coś wyniesie z tego ciekawego miejsca -- oprócz pamiątek -- to dobrze, jeśli nie, to też dobrze, bo się dobrze bawił
      5. Jeśli dziecko się czymś zainteresuje, to wróci kiedyś na spokojnie się czegoś _dowiedzieć_ albo dopyta panią przewodnik w przerwie na wizytę w sklepiku

      To co piszesz brzmi trochę tak, jakbyś patrzyła z wyższością na tych, którzy nie wykorzystali w pełni wszystkich możliwości edukacyjnych, jakie oferuje dana atrakcja, więc stracili pieniądze (i są głupsi :))...

      Usuń
    9. Jeśli rzeczywiście zabrzmiało to tak jakbym patrzyła z wyższością na kogokolwiek, to bardzo mi przykro, bo absolutnie nie miałam takiego zamiaru. Nie wiem, gdzie mogło to tak brzmieć, że myślę, że ludzie (DZIECI!!!) które nie wykorzystały w pełni możliwości edukacyjnych jakiejś wycieczki są głupsze (głupsze od kogo?). NIE MYŚLĘ TAK! O nikim, o kim pisałam w poście nie myślę, że jest głupszy, czy zachowywał się niewłaściwie!

      PS. a propos czepiania się, to chyba już ustaliłyśmy, kto "w naszym związku" jest od czepiania, hę?:P

      Usuń
    10. Jak to "pani przewodnik za wszelką cenę starała się jakąś wiedzę dzieciakom przekazać"? Z Twojego opisu raczej wywnioskowałam że pani przewodnik była kiepska i poza przekrzykiwaniem dzieci nie miała pomysłu jak tę wiedzę przekazać.

      A tak poza wszystkim to zwiedzanie czegoś w sytuacji, gdy przewodnik opowiada o czymś, czego może dotknąć lub obejrzeć z bliska na raz garstka zwiedzających jest nieefektywne z zasady. Lepiej było klasę podzielić na 2 grupy i jedni idą do Akwarium, drudzy na Dar Pomorza, potem zamiana. Ale to wymagałoby wyjścia poza schematy i widać nie było ważne dla pań z jaką wiedzą dzieci wyjdą. W zasadzie nie wiemy, czy nauczycielki biorąc dzieci do Akwarium kierowały się jego edukacyjnością czy zwykłą atrakcyjnością. I dla nikogo nie było problemem że wycieczka skupiła się głównie w sklepiku.

      Usuń
    11. Czyli pominąwszy kwestię zabawy dzieci mamy tak naprawdę dwa nakładające się na siebie problemy i dwie konstatacje (w sumie to chyba niezbyt odkrywcze :))

      1. Zwiedzanie grupowe jest mniej efektywne niż indywidualne [a dotyczy to przecież wszystkich grup, nie tylko dzieci -- kto z nas nie był na jakiejś objazdowej wycieczce organizowanej przez biuro podróży, podczas której autokar stoi długo a miejscach najmniej ciekawych? ;)]

      2. Zwiedzanie w towarzystwie osoby, która nie umie przekazać wiedzy daje mniej niż zwiedzanie w towarzystwie kogoś bardziej umiejętnego [przy czym dotyczy to zarówno pani przewodnik, jak i rodzica]

      K: W tym świetle, retoryczne pytania "Jak wiele dzieci wyniosły z tej szkolnej wycieczki?" i czy "nie taniej byłoby zabrać na plac zabaw" to dla mnie jednak trochę "patrzenie z góry" :)

      A "głupsi" w sensie, że mniej wynieśli :)

      Usuń
  6. Dobry pomysł na zwiedzanie to rodzinna wyprawa.Wycieczki szkolne są najlepszą zabawą i integracją grupy.Trudno się skoncentrować na zwiedzaniu i nauce(zdarzają się wyjątki).

    OdpowiedzUsuń
  7. ale mieliście świetną wycieczkę - zazdroszczę!
    A co do wycieczek klasowych: wycieczki edukacyjne to mit! Wycieczki dla dzieciaków, to czas na fajną zabawę i wygłupy, kto by się skupiał na słowach przewodnika, gdy koledzy wariują za plecami? No mi się chyba nie zdarzyło (no dobra, może w liceum;-))

    OdpowiedzUsuń
  8. cz.1
    Witajcie, jestem Elwira.
    Odkąd przeczytałam posta o wizycie w Oceanarium nie mogę zaznać spokoju, więc przepraszam z góry za przydługi komnetarz, ale muszę napisać - bo na niczym innym nie potrafię się skupić.
    Moim zdaniem wycieczki szkolne i przedszkolne są po to, żeby zaraz jak autokar rusza zacząć wyjadać to, co się ma w plecaku, zeby w autokarze było wesoło, żeby grupa miała przeczucie, że robią coś razem i łączy ich w danej chiwli nie sala tylko przedsięwzięcie.
    Wycieczki są po to, żeby po latach patrzeć na zdjęcia i się uśmiechać, a nie po to, żeby sobie przypominać czego się tam dowiedziało i "naumiało".
    Mój syn przedszkolak na ostatniej wycieczce nie był, bo się rozchorował i strasznie mu było żal. Chciałam go pocieszyć, ze pojedziemy w to miejsce sami z bratem i tatusiem - możemy dla większej atrakcji jechać pociągiem. Synek na to, że nie chce - to nie to samo.
    Miał siedzieć w autokarze ze swoją "narzeczoną", a na drugie śniadanie miała być drożdżówka i soczek z kartonika... O ile ten soczek i drożdżówkę jeszcze mogę zorganizować, to autokaru z "narzeczoną" nie dam rady :(
    Do końca nie wiadomo co dzieci wyniosły poza gumowymi fokami - moim zdaniem zależy w jaki sposób świat nauczyli ich odkrywać rodzice zanim poszli do przedszkola i szkoły.
    Co strasznego jest w gumowej foce? Jeśli rodzić nauczy dziecko szanować pieniądz, zaszczepi poczucie piękna i ciekawość świata, to czy to ma jakieś znaczenie????
    Co strasznego jest w tym, że robili zdjęcia komórkami? Skoro telefon ma aparat, to czemu nie można go użyć? Czy gorszące jest to, że młodzież ma komórki? Są dzieci, które mogą się bawić tatusiowymi narzędziami i nic im się od tego nie stanie. Jeśli rodzic nauczy do czego rzeczywiście służy telefon, to co jest w tym złego.
    Raczej problem widzę w pani przewodnik, pani nauczycielca, która "nie ogrania" - nie ozncza to chyba, że szkoła czy wycieczka jest bezproduktywna i zła.
    Ani przedszkole, ani szkoła nie zwalnia nas rodziców z odpowiedzialności za swoje dzieci.
    Odprowadzając syna do przedszkola nie myślę o tym, że się nie dowie o cyklu rozmnażania jakiejś rośliny - widzę jak wita się z dziećmi w szatni, jak biegnie z nimi do swojej sali, czasami nie zdąży się ze mną pożegnać.
    Zaczyna swój osobisty dzień, życie w swoim świecie bez mamusi i tatusia Wiem, że spotka go przygoda (dobra lub zła), ale nie wyrezyserowana przeze mnie - stworzona przez życie - musi być świadom swoich mocnych i słabych stron.
    Oddanie dziecka do przedszkola nie oznacza dla mnie tego, że nie możemy razem podróżować, zwiedzać, czytać, badać, konstruować, dotykać, wąchać, eksperymantować.
    Nie oznacza to również, że relacje z rodzeństwem sa słabsze, czy gorsze - też wszystko zależy od rodziców.

    OdpowiedzUsuń
  9. cz. 2
    Przez jakiś czas zastanawiałam się nad ED - doszłam do wniosku, że skoro coś jest tak społecznie niesprawiedliwe - nie może być dobre dla moich dzieci. Może to pogląd wynikający z tego, że umysł mój nie jest ścisły, tylko może raczej ciasny?!
    ED oznacza, że rodzic jest w domu - mam wrażenie, że im dzieci starsze, tym bardziej zaangażowany w ich edukację. Nie ma możliwości, by zapewnić wszystkim dzieciom w społeczeństwie równe szanse. Całe życie dorosłych kręci się wokół dzieci - myślę, że rodzice, którzy decydują się na ED wybrali to, co za słuszne uważaja dla swoich dzieci i chwała im za to - śmiem twierdzić, że nie oznaczato, że nie mają wątpliwości, czy postępują słusznie.
    Być może mają więcej wątpliwośći, niż my widzimy :-) Nie umiałabym eksperymentować nad życiem swoich dzieci - był czas kiedy naturalna była ich obecność w domu - Teraz nadzszedł czas, kiedy ich obecność jest bardzo nie naturalna.

    Edukajca w szkole i przedszkolu oczywiście ma swoje wady - najwięcej wad ma dla tych, którzy posyłają tam dzieci z przeświadczeniem, że nauczyciele zrobią to co powinni zrobić rodzice.
    Nie rozumiem dlaczego rodzice uczą małe dzieci ułamków, dlaczego dzieci bawią się klockami według kart pracy, nie mam pojęcia dlaczego uczą się czytać i pisać. Zdaję sobie sprawę, że dzieci te i ich rodzcie robią to z przyjemnością. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem specjalistą od rozwoju dziecka, ale w głowie mi się to nie mieści :-)
    Czy sześciolatek, który umie pisać, czytać i pasjami opowiadać o tysiącach szczegółów używając naukowego języka, jest w czyś lepszy od sześciolatka, który się bawi w przedszkolu z kolegami w przewaracanie na dywan? Czy to oznacza, że jeden odniesie w życiu sukces i spełni swoje marzenia, drugi nie?
    Czy to oznacza, że jeden będzie cżłowiekiem szczęśliwym, a drugi nie? Czy jeden będzie cudownym człowiekiem, a drugi zagrożeniem dla społeczeństwa?
    Nasza pani z przedszkola co jakis czas podsuwa nam rodzicom coś do poczytania - nie mogę się oprzeć pokusie, żeby przytoczyć fragment z artukułu "Koniec toksycznych rodzciców":
    jeśli nie przytulasz dziecka 12 razy dziennie, może miec problemy z emocjami w dorosłym życiu. Czy codziennie zapewniasz mu "wzbogacające doświadczenia" i stymulację intelektualną (cokolwiek to znaczy), by wyrosło na inteligentnego człowieka? Rozmawiaj, używaj bogatego słownictwa, chwal, okazuj emocje. Nie krzycz, nie krytykuj, kochaj bezwarunkowo, aby towje dziecko
    było w przyszłości szczęśliwe.
    - Większość z tych rad to wygałaszane z wielką pewnością siebie bzdury - twierdzi prof. Steven Pinker. Gdyby nam ktoś powiedział, że ludzie, którzy jedzą brokuły, żyją dłużej, czy uwierzylibyśmy?
    warzywa sa zdrowe, ale czy aż tak? Badania, na podstawie których wysnuto tę chwytliwą tezę, polegają na wykryciu korelacji: istnieją ludzie, którzy jedzą brokuły i długo żyją. Nic więcej! W ten sam sposób informuja nas np., że "kolorowe zawieszki uczynia z twojego niemowlęcia inteligentne dziecko", bo istnieją intelignetne dzieci, którym rodzice wieszali grzechotki nad łóżkiem.
    Dzieci nie sa plastelina w nasych rękach. Mili rodzice mają często miłe dzieci, ale nie udowodniono, że za sprawą częstego przytulania. Inteligentni rodzcie częściej mają inteligentne dzieci.

    Kończąc ten dużo za długi komentarz chcę tylko Wam i samej sobie życzyć, żebyśmy dali dzieciom byc dziećmi i przestali nad nimi pracować :-))))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elwiro, bardzo Ci dziękuję za ten komentarz - z przyjemnością go przeczytałam, choć nie zgadzam się z wieloma rzeczami:) Dzięki temu życie jest tak różnorodne, dzięki temu możemy czerpać z tej różnorodności i znajdować swoją drogę.
      Nasza jest inna niż Wasza, ale absolutnie nie twierdzę, że jest lepsza - jest po prostu inna, nasza.

      Usuń