Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matczyne przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matczyne przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2013

Dzieci uczą się tego, czym żyją

Jeśli dziecko żyje w atmosferze krytyki, uczy się potępiać.
Jeśli dziecko doświadcza wrogości, uczy się walczyć.
Jeśli dziecko musi znosić kpiny, uczy się nieśmiałości.
Jeśli dziecko jest zawstydzone, uczy się poczucia winy.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze tolerancji, uczy się być cierpliwym.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze zachęty, uczy się ufności.
Jeśli dziecko jest akceptowane i doceniane, uczy się doceniać innych.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze uczciwości, uczy się sprawiedliwości.
Jeśli dziecko żyje w poczuciu bezpieczeństwa, uczy się ufności.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze aprobaty, uczy się lubić siebie.
Jeśli dziecko żyje w klimacie akceptacji i przyjaźni, uczy się tego, jak znaleźć miłość w świecie.

Nie wiem jakie jest prawdziwe źródło, bo widziałam różne :)

piątek, 28 czerwca 2013

czwartek, 22 listopada 2012

niedziela, 18 listopada 2012

Jak chwalić...

Traf chciał, że akurat dzisiaj dyskutowaliśmy o tym przy niedzielnym obiedzie:) W naszej rodzinie generalnie zgadzamy się co do zasady, choć mamy różne poglądy odnośnie do szczegółów:) W każdym razie, traf chciał też, że akurat dzisiaj zizi o tym napisała na swoim blogu, dlatego, z dedykacją dla Babci!, linkuję:

Analiza - Jak chwalisz swoje dziecko

Byłoby mi baaardzo miło, gdybyście dali się namówić na pozostawienie komentarza na ten temat - każdy jest mile widziany! Nie tylko te zgodne z tym co pisze Autorka, ale także te, w których nie zgadzacie się z faktem, że sytuacja pierwsza, czy trzecia byłaby krzywdząca, lub, że druga jest ok. Strasznie jestem ciekawa wszystkich Waszych argumentów:)

niedziela, 24 czerwca 2012

wtorek, 12 czerwca 2012

Oceanarium

Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić pewną refleksją, jaką wyniosłam po wizycie w oceanarium. Jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat:)
Obserwowałam duże zorganizowane grupy szkolne, jakie nas omijały. Postanowiłam przyjrzeć się jednej z takich grup - dwie panie, pani przewodnik i dwadzieścia nakręconych dzieciaków:) W gdyńskim oceanarium jest świetna makieta Morza Bałtyckiego, dotarliśmy do niej a z nami wycieczka. Grupa spędziła przy makiecie jakieś 3 minuty! Pani przewodnik na szybko kazała naciskać dzieciakom różne przyciski, powiedziała im gdzie jest Gdynia, Oslo, ze dwie zatoki i gdzie Wisła uchodzi do Bałtyku. Wszystko to odbywało się przy akompaniamencie pań, które musiały co chwilę uciszać i upominać dzieci, które rozbiegały się we wszystkich możliwych kierunkach, przekrzykując się oczywiście i przepychając do przycisków. Po trzech minutach była komenda: w pary przy schodach! I dzieci z paniami ruszyły dalej...
My przy makiecie spędziliśmy jakieś pół godziny, oglądając dokładnie wszystko to, co interesowało dzieci - powtórzyliśmy kierunki świata, dowiedzieliśmy się, czym są fiordy, bawiliśmy się w ludziki podróżujące różnymi środkami lokomocji wokół i po bałtyku, dotknęliśmy każdej formy terenu, jaką znaliśmy z naszych zabaw na plaży (co być może nie było do końca dozwolone...), itp. itd. A gdy po odpoczynku na tarasie widokowym, moje dziecko zachciało jeszcze raz obejrzeć tę "fajną mapę Morza Bałtyckiego", wróciliśmy tam i spędziliśmy kolejne pół godziny.


 Potem zeszliśmy na dół, za nami wycieczka - nie jedna, ale ze trzy na raz:) I tam, wśród wielkich akwariów z bardzo ciekawymi okazami najróżniejszych zwierząt morskich zrobił się taki hałas, że pani przewodnik po kilku próbach przekrzyczenia dzieci, zrezygnowała a słychać było jedynie napominania wychowawczyń: nie krzyczcie, nie biegajcie, nie wkładajcie rąk do akwariów... Dzieci biegały więc to tu to tam, pstrykając zdjęcia z komórek...
Nie musieliśmy długo czekać, żeby wokół akwariów znów zrobiło się cicho, bo panie szybko straciły cierpliwość (i nie dziwię się im wcale!) i zaprowadziły dzieciaki do sklepiku. A my w końcu zaczeliśmy przyglądać się morskiej faunie i florze! Dokładnie, każdy zgodnie z zainteresowaniami i stosownie do wieku:) Znów spędziliśmy tam dobrą godzinę, dowiadując się naprawdę ciekawych rzeczy.




W sklepiku spędziliśmy jakieś 3 minuty:)

To co mnie zastanawia: jaki był sens tej szkolnej wycieczki? Jak wiele (poza gumowymi fokami ze sklepiku) dzieciaki z niej wyniosły? Pewnie trochę zapamiętały, coś je zachwyciło - ale nie miały czasu, żeby się tym nacieszyć, a spędziły w oceanarium tyle samo czasu, co my...
Dla mnie nasza wizyta w oceanarium to kolejny głos na TAK dla ED!:)

środa, 11 stycznia 2012

Ocenianie uczuć

Dziś chciałam napisać więcej o ocenianiu - tym razem o ocenianiu uczuć dziecka. Jeśli uda mi się Was sprowokować, będzie mi bardzo miło:) Zatem zaczynam:

Po kilku latach bycia mamą (niewielu wprawdzie:)) zrozumiałam coś bardzo ważnego, że uczuć nie da się ocenić. A może inaczej, ludzie to robią, ale nie powinni. Zarówno w stosunku do siebie samych, swoich bliskich i dalekich, a w szczególności w stosunku do małych dzieci, które całe są stworzone z uczuć i emocji. Jak często słyszycie słowa kierowane od dorosłego do dziecka: nie złość się, nie smuć się... ? Zbyt często niestety:(

Wyobraźcie sobie taką sytuację: jedziecie autem na lotnisko, od miesięcy planowaliście ważną dla Was podróż, przygotowywaliście się na nią i ma to być najważniejsza podróż Waszego życia. Jedziecie spokojnie, macie dużo czasu i nagle z podporządkowanej wyjeżdża przysłowiowa "baba" (facet w kapeluszu, jak kto woli:)). Oczywiście nie patrzy, wyjeżdża i ... bummm! Stłuczka! Oczywiście jakie słowa cisną się na usta, każdy kierowca wie. Ale Wy nie chcecie się spóźnić, więc wychodzicie w miarę spokojni, bo wierzycie, że "baba" wykaże skruchę, podpiszę protokół i spokojnie jeszcze zdążycie na samolot. Ale "baba" wychodzi z auta i wydziera się na Was, nie chce podpisać protokołu, chce wezwać policję... wiadomo, ile czeka się na przyjazd policji... Wyjazd przepadł... dodam tylko, że auto, którym jechaliście kupiliście 3 dni temu, za ostatnie pieniądze (wszystkie wydaliście na wyjazd), a wygląda na to, że nadaje się do kasacji... czekacie na tę policję, bezradni, wściekli do czerwoności... i wtedy podchodzi "dobry człowiek" i mówi: nie złość się, nie smuć się.... po czym dodaje: przecież nic się nie stało.

Spróbujcie wczuć się w tę sytuację dobrze (wyobraźcie sobie cokolwiek innego, co wkurza Was jak diabli!), a zrozumiecie, co może czuć dziecko, gdy słyszy takie słowa. Oczywista sprawa, że zepsuta zabawka, czy nakaz wyjścia z placu zabaw, ma się nijak do sytuacji powyższej. Oczywista? Dla dorosłych tak, ale dla małego dziecka nie ma błahych problemów. Niemożliwość poradzenia sobie z zapięciem guzika jest dla niego naprawdę ważnym problemem, który może je wkurzać! Może, dziecko ma prawo się złościć, jeśli tak właśnie czuje! Tak samo jak ja (przyznam się Wam, że to było dla mnie największym odkryciem - że ja też mam prawo do złości!)! Pomyślcie, co tak naprawdę Wam się nie podoba w złości? Czy ona sama, czy to jak Wasze dziecko się zachowuje, gdy się złości? Czy nie akceptujecie tego, że mały wkurza się na to, że nie pozwalacie mu oglądać bajki, czy raczej na to, że się drze i próbuje krzykiem tę bajkę wymusić? Czy martwicie się, że brat denerwuje się na siostrę? Czy raczej smuci Was to, że w złości ją bije? Wydaje mi się, że chodzi tu o zachowania, które są dla nas nieakceptowalne, a nie o uczucia. A słowa typu: nie złość się, dają wyraźnie do zrozumienia, że w naszej opinii uczucie to jest złe, mało ważne, nie na miejscu, itp. Uważam, że w ten sposób naruszamy integralność dziecka, nie szanujemy jego granic. To nie złość jest zła! ale to jak sobie z nią (nie)radzimy! Jeśli w złości dziecko nas kopie, nie wolno pozwalać na kopanie, a nie na złość! Złość już zaistaniała i nie mamy prawa jej oceniać, natomiast to co jest naszym obowiązkiem w tej sytuacji, to wykazać zrozumienie dla uczuć, a bezwzględnie, stanowczo i bez kompromisu przeciwstawić się kopaniu.
Czyli dyscyplinujmy nasze dzieci, ale bez naruszania ich granic!

niedziela, 11 grudnia 2011

Ocenianie

Blog się zmienił, ma być o mnie, więc będzie o mnie:) O moich przemyśleniach. Chciałabym się z Wami nimi podzielić i zaprosić do dyskusji. Podkreślam: będą to moje przemyślenia, po prostu MOJE!

Jakiś czas temu zauważyłam, że niektórzy Rodzice łatwo wydają osądy na temat swoich dzieci. Jak często słyszycie: on jest taki niegrzeczny (cokolwiek oznacza słowo niegrzeczny!), taki nieposłuszny, taki uparty, taki mądry, taki sprytny, taki... ? Jednym słowem przyklejamy dziecku łatkę i załatwione. On jest uparty i już, nie mam sobie nic do zarzucenia, starałam się, ale on jest uparty, więc mam czyste sumienie... Łatwo, co?

No to ja chciałam napisać o tym, jak łatwo zrobić tym krzywdę dzieciom (oceniając innych krzywdzimy też siebie, ale o tym nie chcę tu pisać).

Wyrządzamy krzywdę dzieciom bo:
- nie zastanawiamy się dlaczego "on jest nieposłuszny", a to powinna być rola rodzica, którego obowiązkiem jest wychowywać, a nie oceniać i przyjmować stan rzeczy jako z góry ustalony! Jeśli zamiast szukać odpowiedniej łatki dla dziecka, postaralibyśmy się poszukać przyczyn zachowań dla nas nieakceptowalnych, pewnie mielibyśmy większą rodzicielską moc.

- dziecko łatwo wchodzi w narzucane przez rodziców role, jeśli odpowiednio dużo razy usłyszy, że jest nieposłuszne, to zapewne samo zacznie tak o sobie myśleć, a wtedy rozwiązania są co najmniej dwa: albo zaakceptuje taki stan rzeczy i po prostu będzie nieposłuszne, albo (nie wiem co gorsze) będzie starać sie udowodnić rodzicom i sobie, że to nieprawda i cały czas będzie żyć w poczuciu niskiej samooceny i przeświadczeniu, że jest przez rodziców nieakceptowany.

I jeszcze jedno na koniec: te przemyślenia przyszły do mnie dzięki temu, że uczę się jak nie oceniać, jak oddzielić ocenę zachowań od oceny dziecka...