Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić pewną refleksją, jaką wyniosłam po wizycie w oceanarium. Jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat:)
Obserwowałam duże zorganizowane grupy szkolne, jakie nas omijały. Postanowiłam przyjrzeć się jednej z takich grup - dwie panie, pani przewodnik i dwadzieścia nakręconych dzieciaków:) W gdyńskim oceanarium jest świetna makieta Morza Bałtyckiego, dotarliśmy do niej a z nami wycieczka. Grupa spędziła przy makiecie jakieś 3 minuty! Pani przewodnik na szybko kazała naciskać dzieciakom różne przyciski, powiedziała im gdzie jest Gdynia, Oslo, ze dwie zatoki i gdzie Wisła uchodzi do Bałtyku. Wszystko to odbywało się przy akompaniamencie pań, które musiały co chwilę uciszać i upominać dzieci, które rozbiegały się we wszystkich możliwych kierunkach, przekrzykując się oczywiście i przepychając do przycisków. Po trzech minutach była komenda: w pary przy schodach! I dzieci z paniami ruszyły dalej...
My przy makiecie spędziliśmy jakieś pół godziny, oglądając dokładnie wszystko to, co interesowało dzieci - powtórzyliśmy kierunki świata, dowiedzieliśmy się, czym są fiordy, bawiliśmy się w ludziki podróżujące różnymi środkami lokomocji wokół i po bałtyku, dotknęliśmy każdej formy terenu, jaką znaliśmy z naszych
zabaw na plaży (co być może nie było do końca dozwolone...), itp. itd. A gdy po odpoczynku na tarasie widokowym, moje dziecko zachciało jeszcze raz obejrzeć tę "fajną mapę Morza Bałtyckiego", wróciliśmy tam i spędziliśmy kolejne pół godziny.
Potem zeszliśmy na dół, za nami wycieczka - nie jedna, ale ze trzy na raz:) I tam, wśród wielkich akwariów z bardzo ciekawymi okazami najróżniejszych zwierząt morskich zrobił się taki hałas, że pani przewodnik po kilku próbach przekrzyczenia dzieci, zrezygnowała a słychać było jedynie napominania wychowawczyń: nie krzyczcie, nie biegajcie, nie wkładajcie rąk do akwariów... Dzieci biegały więc to tu to tam, pstrykając zdjęcia z komórek...
Nie musieliśmy długo czekać, żeby wokół akwariów znów zrobiło się cicho, bo panie szybko straciły cierpliwość (i nie dziwię się im wcale!) i zaprowadziły dzieciaki do sklepiku. A my w końcu zaczeliśmy przyglądać się morskiej faunie i florze! Dokładnie, każdy zgodnie z zainteresowaniami i stosownie do wieku:) Znów spędziliśmy tam dobrą godzinę, dowiadując się naprawdę ciekawych rzeczy.
W sklepiku spędziliśmy jakieś 3 minuty:)
To co mnie zastanawia: jaki był sens tej szkolnej wycieczki? Jak wiele (poza gumowymi fokami ze sklepiku) dzieciaki z niej wyniosły? Pewnie trochę zapamiętały, coś je zachwyciło - ale nie miały czasu, żeby się tym nacieszyć, a spędziły w oceanarium tyle samo czasu, co my...
Dla mnie nasza wizyta w oceanarium to kolejny głos na TAK dla ED!:)